|
|
Cześć 1. 05.04.2009r.
Moja przygoda z Norwegią rozpoczęła się w kwietniu 2008 roku.
Na pewien czas zamieszkałam w kraju, który zajmuje szczytowe miejsca w rankingach rozwoju społecznego.
Za kołem podbiegunowym jednak nawet kryzysu gospodarczego nie odczuwa się tak, jak w innych krajach.
Norwegia jest podobnej wielkości jak Polska, lecz posiada około 10 razy mniej mieszkańców. Większość Norwegów mieszka na południu i w centralnej części kraju. Bodo, gdzie obecnie przebywam, jest najdalej wysuniętym na północ kraju miastem, do którego dojeżdża pociąg.
Niedaleko jest Narvik - miejsce znane Polakom, ponieważ walczyli w tym miejscu nasi żołnierze. Bodo liczy sobie około 40 tysięcy ludzi, ale jak na Norwegię jest to "spore" miasto - z uczelnią wyższą, szkołą policyjną, lotniskiem i dużym portem. Stąd odpływa prom na Lofoty - wyspy, które dla Norwegów są tym, czym Zakopane dla Polaków. Mimo to zamiana nigdy nie zasypiającego Krakowa na małe miasteczko jest dziwnym doświadczeniem.
Większości z nas Norwegia kojarzy się z krajem wiecznej zimy, gdzie nawet latem temperatury niewiele różnią się od tych, w jakich przechowujemy żywność w lodówkach. Nic bardziej błędnego! Wzdłuż wybrzeży norweskich przepływa ciepły prąd Golfsztrom, ogrzewając znacznie tę część Europy. Nad morzem temperatury zimą nieznacznie spadają poniżej zera, a latem bywa tu cieplej niż w Polsce. Zaznaczam, że bywa.
Trochę inaczej sytuacja wygląda w głębi kraju: tam temperatury są zdecydowanie niższe i dłużej utrzymuje się śnieg. Na początku czerwca widziałam w górach zamarznięte jeziora - pomimo tego, że góry były nad morzem i wiał tam cieplejszy wiatr.
W tej części kraju, za kołem podbiegunowym można zimą zobaczyć zorzę polarną. Ukazuje się na wysokości od 90 do 150 kilometrów nad ziemią. W odróżnieniu od normalnego światła słonecznego, które składa się ze wszystkich kolorów, ale widoczne jest jako białe, kolory zorzy polarnej najczęściej oscylują między odcieniami czerwieni i zieleni. Aktualny kolor zależy od wysokości powyżej poziomu ziemi. Zorza polarna jest natomiast najlepiej widoczna między listopadem a lutym.
Część 2. 20.04.2005r.
Spoglądam za okno. Dopiero przestał padać śnieg, zaraz z pewnością zacznie padać od nowa. I tak od kilku dni, co o tej porze roku nie jest tutaj niczym zaskakującym.
Choć pocieszam się myślą, że lepszy nadmiar śniegu niż deszczu. Na zachodnim wybrzeżu Norwegii znajduje się miasto Bergen, gdzie dzień kiedy nie pada prawie się nie zdarza.
Każda osoba przyjeżdżająca do Norwegii i znająca język angielski nie będzie miała większych problemów z porozumiewaniem się z mieszkańcami tego kraju. Można przypuszczać, że prawdopodobnie miałaby go, gdyby umiała ich język ojczysty. Z jakiego to powodu? Ponieważ w języku norweskim nie ma jednej, ogólnie przyjętej normy wymowy. Każdy Norweg mówi swoim lokalnym dialektem.
Powodem takiego stanu rzeczy jest często mała rotacja przestrzenna mieszkańców, którzy nie mają okazji konwersować z ludzmi z innych regionów. W sytuacji, gdy Norweg opuszcza swoje rodzinne strony, jego dialekt "stępia się" i upodobnia do gwary z nowego miejsca zamieszkania, jednak nie na tyle, by z prawie stuprocentowym prawdopodobieństwem nie móc jednoznacznie określić, skąd pochodzi. Dlatego też najczęściej powtarzanym zwrotem przez Norwegów jest "Hva sa du?" (Co powiedziałeś?).
Ludzie mediów mają obowiązek posługiwać się normowanym językiem opartym leksykalnie na jednym z dwóch wariantów ((bokmal/nynorsk), ale jak je wymawiają, pozostaje już w gestii ich upodobań. Taka sytuacja spowodowała prawie całkowity zanik normy językowej, co w Polsce ucieszyłoby wielu uczniów mających problemy z ortografią. W norweskich szkołach nauczyciele nie poprawiają języka i błędów ortograficznych uczniów, gdyż nie istnieje jedna, prawidłowa norma językowa.
Językiem angielskim posługuje się tutaj prawie każdy - to efekt skutecznej edukacji w szkołach oraz telewizji, która w przypadku programów telewizyjnych i filmów stosuje napisy norweskie i każdy chcąc nie chcąc "osłuchuje się" z językiem angielskim. Zatem ten język w zupełności wystarczy.
Zwiedzając Norwegię należy nastawić się na "island hooping", czyli skakanie po wyspach i spędzanie wielu godzin w podróży na promach. Najbardziej znana pod tym kątem jest trasa nr 17 zwana Szlakiem Wybrzeża, licząca łącznie ok. 600 km. Dodatkowym "utrudnieniem" podczas przemieszczania się po Norwegii jest niezliczona ilość tuneli, które nierzadko są płatne.
W gorszej sytuacji są podróżujący rowerem, gdyż przed wieloma z nich znajdują się znaki zakazujące wjazdu dla rowerzystów. A ponieważ z reguły nie ma innego wyjścia (czasami można skorzystać ze starej drogi) zakaz ten często jest łamany.
Im dalej na północ tym więcej dzikich terenów i mniej mieszkańców. Często spoglądając na zbocza gór mam nieodparte wrażenie, iż samotnie "poustawiane" domki są poprzyklejane do podnóża i aż dziw bierze, że jeszcze nie pospadały.
Z miasta, w którym mieszkam - Bodo, do najdalej wysuniętego punktu w Europie Nordkapp należy przemierzyć jeszcze ok. 900 km. Podczas podróży mija się bezkresną pustkę i odludne tereny. Ziemia pokryta jest mchami i porostami nad którymi rozpościerają się karłowate drzewka, powyginane pod naporem wiatru.
Rzadko ale jednak, na postojach ludzie północy, czyli Samowie, sprzedają swoje wyroby. Jurty, czyli skromne kramiki z pamiątkami, zapełnione są wyrobami z reniferów i strojami ludowymi, które zachwycają swoją kolorystyką.
Im dalej na północ, im bliżej Nordkappu tym trudniej znalezć określenie opisujące mijane miejsca. A wszystko to po to, by stanąć na urwiskiem i poczuć, że przed tobą jest tylko biegun. Oprócz globusa i kramiku z pamiątkami na Nordkappie nie ma nic. I może i dobrze. Bo co miałoby być? Knajpka, pub? Dla tych nielicznych, którzy tam od czasu do czasu zawitają? Dzięki temu można poczuć atmosferę oderwania się od cywilizacji i odosobnienia. Poczuć, że dalej już nic nie ma, że wyżej już iść się nie da. Kontynent się skończył.
Część 3. 10.05.2009r.
W Polsce zaczęła się wiosna. W Norwegii, za kołem podbiegunowym, dni robią się coraz dłuższe, lecz mimo to słońca tutaj brakuje.
Pada, wieje, deszcz zacina z góry, z boku, niebo zakryte chmurami. Ale jak mówią Norwegowie, zwłaszcza w tej części kraju: "Nie ma złej pogody, jest tylko złe ubranie". Na dzień dzisiejszy ściemnia się dopiero po 23.00. Za miesiąc już zupełnie nie doświadczę ciemności. Cóż robić w szare, zimne i wietrzne dni? Jak spędzić wolne chwile?
Życie rozrywkowe w centrum miasta w ciągu tygodnia praktycznie nie istnieje. Knajpy, kawiarnie, restauracje straszą pustką, o ile w ogóle są otwarte. Natomiast w piątkowe i sobotnie wieczory Norwegowie z północnej części kraju mają okazję do zabawy, we własnym, niepowtarzalnym stylu.
Do 23.00 - 0.00 w knajpach jest pusto. Jeśli ktokolwiek imprezuje, robi to w domu na tzw. forspill, mówiąc krótko - "zaprawie" najniższym kosztem. Około północy w knajpach zaczyna się robić tłoczno. Zabawa trwa krótko, ponieważ lokale są zamykane o 2.00-3.00. Nie ma zwyczaju panującego w Polsce: otwarte do ostatniego klienta. Zabawa krótka, acz intensywna. Na co dzień mrukliwi i oziębli doznają zadziwiającej przemiany. Można odnieść wrażenie, że są naprawdę bardzo sympatyczni. Czar pryska przy okazji następnego spotkania "na trzezwo". Nie ma co oczekiwać odzewu na zwykłe przywitanie, nie mówiąc już o pogawędce.
Odwiedzając knajpę w czasie trwania dnia polarnego można doświadczyć dziwnego przeżycia. Knajpy nie znajdują się w zamkniętych pomieszczeniach bez okien lub w podziemiach jak to często bywa w Polsce, tylko w lokalach na poziomie parteru, często przeszklonych. Jasność, która wpada przez okna do lokalu burzy całą atmosferę. Wiadomo, że ciemność i towarzysząca jej aura tajemniczości wpływa na jakość zabawy. Spróbujcie bawić się na dyskotece przy włączonym świetle - będziecie wiedzieć mniej więcej o czym mówię.
Zakupienie alkoholu nie należy tutaj do rzeczy łatwych! W Polsce błahostka, tutaj dla niezorientowanych w terenie niemały problem. W marketach można kupić tylko piwo do 4,5% i na dodatek trzeba to zrobić do godziny 20.00 w dni powszednie, a w soboty do 18.00. Spóznialscy co najwyżej mogą obejrzeć zakryte stoisko "piwne" i oblizać się ze smakiem. W niedziele obowiązuje całkowity zakaz sprzedaży alkoholu. Zainteresowani mocniejszymi trunkami muszą wybrać się na wycieczkę do sklepów monopolowych zwanych tutaj Vinmonopolet. To nie żart z tą wycieczką, w 40-tysięcznym Bodo znajdują się dwa tego rodzaju sklepy. Czy utrudnienia w dostępie do alkoholu sprawiają, że Norwegowie piją mniej? Raczej nie. Piją w domach, często sami, co śmielsi nazywają się weekendowymi alkoholikami. A to chyba gorsze, niż nasze polskie wspólne imprezowanie.
W piątkowe i sobotnie wieczory (trudno to nazwać wieczorami, gdy panuje dzień polarny i całą noc jest jasno) snują się po centrum miasta, odwiedzając liczne budki z fast foodami. Młodzież je niezdrowo i coraz mniej zdrowo wygląda. I w tym miejscu należy obalić stereotyp o wysportowanych, dbających o formę i zdrowie Norwegach. Nie wiem skąd się to wzięło? Nie przeczę, że wielu z nich uprawia sport i są w dobrej kondycji fizycznej, ale nie jest ich procentowo więcej niż w Polsce. Ich zdrowy wygląd i zadowolenie z życia (co może być odbierane przez Polaków jako efekt uprawiania sportów) bierze się stąd że pochodzą z kraju, gdzie dobrze się żyje, bezstresowo spędza czas w pracy, godnie się zarabia i gdzie rząd dba o swoich obywateli.
Jak spędzają czas wolny przyjezdni? Polacy, którzy tu pracują, Rosjanie, których niedługo będzie tu więcej niż samych Norwegów, czy obywatele Azji lub Afryki? Przede wszystkim trzymają się w swoim gronie. Wielu z nich, podobnie jak my, spędza czas na wędkowaniu. W kraju, gdzie ryb w morzu jest dostatek, popołudniowe wędkowanie to niemała frajda. Aktywny wypoczynek, świetna zabawa, a przy okazji możliwość zdobycia smakowitego i zdrowego kąska na obiad. Złowienie ryby nie powinno nikomu sprawić większej trudności. Trudniej jest gdy chcemy złowić jaki konkretny gatunek lub okaz. Największa szansa jest na złowienie czarniaków o długości około 35 cm. Waleczność tej ryby zapewni doskonałą zabawę nawet doświadczonym wędkarzom. Poza tym nie brakuje tu dorszy. Najwięcej można złowić osobników wielkości około 2 kg. Ponieważ jest to gatunek żerujący w strefie przydennej, złowienie go wymaga już pewnego doświadczenia wędkarskiego lub odrobiny szczęcia i mocnego zestawu wędkarskiego. Nieczęsto acz trafiają się również rdzawce, molwy, makrele czy nawet karmazyny. Wszystko zależy od miejsca, umiejętności czy zwykłego farta. Prawdziwym szczęściarzem zaś może nazwać się ktoś, kto złowił tajemniczy gatunek ryby jakim jest halibut. Tym bardziej jeśli uda się go złowić z brzegu.
|
|